DSCN9702

Fot. Irena Rejmaniuk

Beata Klimowicz: Chłopak z Olkusza, który skończył wydział grafiki ASP w Krakowie, a nawet został na uczelni jako pracownik dydaktyczno-naukowy – jak to się stało, że zaczął pan pisać? 

Marek Sołtysik: Takie pisanie, jakie mnie wówczas dopadło, istnieje ponad wszystkim. To nie sposób na coś, nie jakaś pomoc w spełnieniu, to – przed tym słowem nie ucieknę – powołanie. Żeby pisząc prozę, tworzyć fikcję literacką, która ma otwierać furtkę na przyjęcie prawdy, trzeba albo bardzo dużo przeżyć, albo mieć w sobie z jakichś powodów skondensowany świat wewnętrzny. Trzeba wyciągnąć pióro, żeby przekłuć ten chyba niekoniecznie naturalny twór, który rozpiera. No więc miałem powód, potrzebę. Przydałby się jeszcze pretekst. Z kolegą z akademika, świetnym drzeworytnikiem, obecnie profesorem, z którym łączyły mnie fascynacje Dostojewskim, Musilem, Choromańskim, Gombrowiczem, założyłem się o rower, że w czasie wakacji napiszę powieść. Wygrałem, nie chciałem roweru. Pisarz musi mieć, jak to nazywają Niemcy, sitzfleisch, który służy do siedzenia, owszem, jednak nie na siodełku roweru. Trzecią powieść – pierwszą wysoko nagrodzoną i po półtorarocznym leżakowaniu w cenzurze wydaną w 1977 – napisałem w poklasztornym budynku na rogu Skałecznej i Augustiańskiej. Tak, Domiar złego  powstawał na przełomie 1974-1975 w mieszkaniu, które zajmowałem wspólnie z alpinistą, który jeżeli akurat nie brał udziału w wyprawie, zazwyczaj sypiał. Miałem osobny pokój, wysoki, obszerny, ten sam, w którym jeszcze przed stu laty była kaplica Augustianek. Przy okazji malowałem, przygotowałem się do dyplomu w ASP, z okna po prawej miałem widok na mur Ogrzewalni Brata Alberta na horyzoncie, z okna na wprost już zarys żydowskiego Kazimierza, gdy wychodziłem na ganek – widok na Skałkę, w prawo, u bramy muru podwórza kamienicy, wyjście wprost na wspaniały gotycki masyw kościoła św. Katarzyny. Doceniałem to. Do nielicznych rzeczy, których w życiu żałuję, należy moja pochopna decyzja o opuszczeniu tamtego miejsca. Ale może – skoro było, i było dobrze – szkoda czasu na żale.

Debiutował pan wierszami opublikowanymi na łamach „Dziennika Polskiego” w 1972 roku, choć pierwszy wybór pana wierszy towarzyszył wystawie pana obrazów w 1967, którą sam pan sobie wymyślił, zorganizował i przeprowadził. W jakiej formie te wiersze były dostępne dla czytelników – czy udało się panu je wydrukować?

Nie miałem takiej potrzeby. Zszywki w formie maszynopisu wystukanego perełką  wystarczały mi w zupełności. Perełką  nazywano wówczas małą czcionkę z miniaturowej maszyny do pisania. Od biedy mogła wyglądać jak druk. Maszyny użyczył mi ojciec, człowiek surowy, który jednakże sam w młodości rysował, a dzienniki prowadził zawsze, i to on mi podarował, dwunastoletniemu zapaleńcowi, całość akcesoriów malarskich – sztalugę, blejtram z płótnem, pędzle, werniks – z kompletem najlepszych wówczas olejnych farb Rembrandt holenderskiej firmy Talens, które nielegalnie przepłynęły Bałtyk. Znakiem rozpoznawczym publikacji  towarzyszącej pierwszej wystawie był takie moje ówczesne logo: koniczyna trójlistna, ale ze śladem czwartego listka. Wykonałem kilkanaście takich broszur. Pewnie jeszcze gdzieś ślad pozostał, ale od tamtego czasu upłynęło prawie pół wieku. Wstyd szukać.

Rok 1972 był też rokiem niespodziewanej śmierci Michała Choromańskiego. Czy był on dla pana kimś, kogo można określić mianem Mistrz?

Zdecydowanie tak. W dniach, kiedy Choromański w Warszawie poszedł spacerkiem do kliniki, żeby się dać przebadać profilaktycznie, a nazajutrz żona zjawiła się tam, żeby go odwiedzić i pokazali jej ciało męża już po sekcji, reżyser Janusz Majewski ustalał obsadę filmu Zazdrość i medycyna  na podstawie powieści Choromańskiego, literackiego przeboju lat 30. na całym świecie, chętnie zresztą czytanej i wznawianej po wojnie. Janusza Majewskiego poznałem poprzez fascynację Choromańskim – oraz Schulzem jako grafikiem. Janusz Majewski kupił sporo moich obrazów utrzymanych w nieuchwytnym klimacie twórczości zgasłych mistrzów, m.in. Kamienny stół  (Schulz i Choromański siedzą z rękami na blacie, a obaj mają na ramionach dłonie nieznanych osób, które musiały przykucnąć za ich plecami). To bardzo, rzekłbym, literackie płótno… Tak się złożyło, że połączyły mnie przyjaźnie z pisarzami, którzy wcześniej, jako bardzo młodzi ludzie, zbliżyli się do Choromańskiego, odosobnionego w Warszawie, jak wiemy, w następstwie niezrozumiałych ostracyzmów kolegów sprzed wojny, ongiś mniej odeń sławnych, którzy w 1958, w roku jego powrotu i później, mogli coś dla niego zrobić, a przynajmniej mu nie przeszkadzać (w mojej książce przywołałem warte lektury listy kondolencyjne Iwaszkiewicza i Andrzejewskiego do zastygłej w bólu wdowy po Choromańskim, znakomitej tancerki Ruth Sorel). Tak więc pan Michał mógł liczyć raczej na najmłodszych. I nie przeliczył się. W Komorowie nie odwiedzał Marii Dąbrowskiej, lecz debiutanta Władysława Lecha Terleckiego, który mieszkał z żoną w domku obok autorki Nocy i Dni. Choromański w Bristolu jadał obiady z bardzo młodym Ireneuszem Iredyńskim. Oczywiście z dobrą wódką. Bohema wtedy piła dużo, ale to pewnie pani wie, i to w porze, która dla większości społeczeństwa była ściśle wyznaczonymi godzinami pracy.

Domiar złego  uzyskał specjalną dedykację Iwaszkiewicza. Czy to otworzyło przed panem drzwi wydawców?

Czytelnik ogłosił konkurs na powieść, po czym opiekował się laureatami, których było ośmiu na bodaj tysiąc sześćset nadesłanych prac. Czytelnik to wówczas najbardziej liczące się wydawnictwo w Polsce. Nie było znakomitszych oficyn, jeżeli chodzi o polską literaturę współczesną. W Państwowym Instytucie Wydawniczym wydawano więcej przekładów, polską literaturę współczesną także, no, ale Czytelnik był – na to wyglądało – bardziej liberalny, jeśli chodzi o zapatrywania polityczne autorów, tak samo jednak surowy, jeżeli chodzi o stronę artystyczną. Wtedy, w latach 70., Wydawnictwo Literackie w Krakowie wybiło się na trzecie miejsce w tej klasyfikacji, były jeszcze Iskry, wówczas oficyna młodzieżowa. No więc mnie się żadne drzwi nie musiały otwierać, ponieważ miałem otwarte najlepsze. Rok po roku ukazywały się moje nowe książki właśnie w Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik, której prezesem rady nadzorczej – czego nie można nie zauważyć – był właśnie Jarosław Iwaszkiewicz. Tu podkreślam: układy między mną, wówczas młodym, a nestorami były najczystsze! Liczyła się tylko twórczość. To było podłoże i to były realia. Tu nie mogę nie dodać, że zanim Domiar złego  wylazł z cenzury, gdzie się kisił przez półtora roku (laureat I nagrody, Jan Komolka, miał gorzej, a w każdym razie inaczej, bo cenzura nie zezwoliła na druk, autor po jakimś czasie wydał wprawdzie swoją Ucieczkę do nieba  w tzw. drugim obiegu, ale proszę mi wierzyć, pisarz, który traci kontakt z odbiorcą tu i teraz, staje się takim, no, piwnicznym kwiatem), miesięcznik „Twórczość” w numerze 8/1976 opublikował blok ośmiu moich opowiadań. Druk w „Twórczości” liczył się wówczas bardziej niż w najlepszym wydawnictwie. To był mój potężny debiut prozatorski. Redaktorem naczelnym „Twórczości” był Jarosław Iwaszkiewicz, ale działem prozy kierował inny wybitny pisarz, Julian Stryjkowski, któremu posłałem opowiadania jako propozycję publikacji. Stryjkowskiego poznałem później, a jeszcze później wielkiego człowieka najczystszej poezji, który do swoich psów mówił jak do ludzi, Ziemowita Fedeckiego. Fedecki, tłumacz Michała Bułhakowa, Izaaka Babla, Borysa Pasternaka, Mariny Cwietajewej, Włodzimierza Wysockiego, współzałożyciel i jeden z filarów odważnego STS-u, autor tekstów celnych piosenek satyrycznych, był w „Twórczości” szefem działu poezji. On, który (obok Mariana Eilego) pomógł K. I. Gałczyńskiemu zadomowić się i zaistnieć w powojennej rzeczywistości, który do końca opiekował się Stedem (Edwardem Stachurą) i jako pierwszy podszedł z pomocną dłonią do Iredyńskiego po jego wyjściu z więzienia, drukował w „Twórczości” moje wiersze, odstępował mi na kawał lata swoją daczę nad jeziorem. Tak było. A potem było tak, że inne wydawnictwa same prosiły mnie o prozę i wiersze. Można się było wzbić w dumę. W Krakowie zauważono mnie wreszcie. Do niedawna byłem dla środowiska literackiego nieszkodliwym artystą malarzem i grafikiem, który coś tam sobie pisze. A tu Czytelnik. „Twórczość”, przyjaźń z Iredyńskim, z Fedeckim, z Władysławem Lechem Terleckim, zażyłość z Michałem Sprusińskim, redaktorem naczelnym Czytelnika, poetą, tłumaczem poezji amerykańskiej, wybornym eseistą, kontakty z Tadeuszem Konwickim w sprawie sfilmowania powieści Białe okno? Ki diabeł?! Dwie małe powieści wydałem wtedy w Wydawnictwie Literackim, specjalnie zaproszony. Gwałt  z podtytułem Horror moralny  rozszedł się w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy, co mi po latach wymawiali publicyści dalej zwani kulturalnymi. Publikowałem w dobrych stołecznych wydawnictwach, a w 1989 w Wydawnictwie Poznańskim Świadomość to kamień. Kartki z życia Michała Choromańskiego. Duża książka właśnie w Poznaniu w hołdzie dla mistrza, który – przed wojną noszony na rękach – po powrocie z emigracji w 1958 wśród serdecznych kolegów nie mógł znaleźć wydawcy, co dla czynnego pisarza jest paraliżem. Mieszkał w Warszawie, wydawał w Poznaniu, gdzie Wydawnictwo Poznańskie zajęło się nim jak należy; nie sprzeciwiano się jego propozycji wypłacania miesięcznej pensji. Obawiał się, że jako niegospodarny przetraci od razu honorarium za powieść. Wydawnictwo nie ryzykowało; Michał Choromański rok w rok wydawał nową opasłą powieść. Redaktorka opiekująca się jego książkami niosła na pociąg nad morze drewniane kule, ponieważ Choromański na wczasach w Ustroniu złamał sobie nogę i pomocy szukał nie w Warszawie, nie w organizacjach twórczych, lecz u zaprzyjaźnionego wydawcy. Nie zawsze mógł jeździć. Młoda pani redaktor z Wydawnictwa Poznańskiego zjawiła się prosto z dworca w mieszkaniu Choromańskiego w Warszawie w celu omówienia maszynopisu powieści. Poczęstowana kawą z termosu pisarza na chwilę straciła oddech. Zdecydowanie za dużo spirytusu.

Wielcy mają swoje prawa ale i słabości. I właśnie – czy mógłby pan nam zdradzić, co w pana przypadku stanowi siłę, a co – barierę twórczą?

Trzydzieści pięć lat temu miałem bardzo dużo z tego, co wtedy można było mieć (choć zrezygnowałem z talonu na samochód, zrzekłem się działki w Chełmie, nie skorzystałem z darmowych rejsów dookoła świata). Siedziałem w wygodnym mieszkaniu, w swoim gabinecie przy neobarokowym biurku, przebierałem w ofertach od wydawców i czułem fizycznie, jak mi wysycha wyobraźnia. Gdyby nie istotne zmiany, które wiązały się z intymnymi przeżyciami osobistymi i gdyby nie mój wstręt do płynięcia z prądem, pewnie dziś siedziałbym przy tym samym biurku – jak obecnie ten mentor, o którym się pamięta, że kiedyś coś tam napisał, i który zza tego biurka feruje wyroki w rodzaju: Ten ma zaistnieć w literaturze, a tamtego skreślamy. Bez uzasadnienia. Rozkaz!

Pod prąd, ale nigdy wbrew sobie. W czasie siedemnastu przeprowadzek straciłem trochę dokumentów, wiele pamiątek, w czasach niedostatku wyzbywałem się cennych przedmiotów, bywało strasznie, blisko śmierci i w obliczu śmierci, ale żar nie wygasł. Dopóki żyję… Hm!

Dwa miasta: Kraków i Olkusz – skąd pan się czuje bardziej?

Znikąd. Moi przyjaciele mieszkali w Warszawie. Moi przodkowie wędrowali. Olkusz to prywatne dzieciństwo. Bez poczucia zakorzenienia. Kraków natomiast był miastem z marzeń. Od 10 do 14 roku życia bywałem tam mniej więcej raz na kwartał. Ojciec zostawiał mnie rano w którejś z wybranych przez mnie galerii Muzeum Narodowego, biegł załatwiać ważne interesy, odbierał  mnie po południu, zdezelowanym przedwojennym mercedesem wracaliśmy do Olkusza. Wtedy istniała tylko jedna trasa: przez Ojców i Pieskową Skałę, tam Maczuga Herkulesa, Igła Deotymy, jurajskie cuda i szatańsko powykręcane serpentyny. Byłem półprzytomny ze szczęścia, jakie dawało, jak się to mówi, obcowanie ze sztuką. Z twórczością. A w Olkuszu, nie zapomnę, leciwa, młoda duchem bibliotekarka, pani Ludmiła Jarnowa z domu Jahn, wnuczka malarza Wojciecha Kornellego Stattlera, profesora samego Matejki, wypożyczała mi książki o sztuce, albumy malarstwa, a tam akty… Żebyś się tylko nie gorszył – zaznaczała – bo to są dzieła sztuki.  Od 51 lat mieszkam w Krakowie i nadal nie jestem z Krakowa. Może ja nie potrafię się zakorzenić?

Czy dlatego do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zapisał się pan w oddziale warszawskim, nie w Krakowie?

To nie takie oczywiste. W skrócie. W 2001 po poważnym wypadku, odniesionym w Krakowie – z którego skutków uszedłem z życiem zadziwiającym trafem, a głównie dzięki pomocy i inicjatywie mojej dzielnej żony, pisarki Jadwigi Nowak, oraz pisarza i filmowca Piotra Wojciechowskiego – przebywałem przez rok w klinice ortopedii w Otwocku. Pomagali mi i odwiedzali mnie koledzy z Warszawy, z Krakowa dwukrotnie mnie wsparła Wisława Szymborska, już noblistka (przed Noblem łączyła nas koleżeńska zażyłość, potem zrobiło się tłoczno i duszno, nie gustuję). Należałem wówczas do krakowskiego oddziału SPP. Wygrzebałem się jakoś, po przerwie od 2005 wydawałem książkę po książce. Wydałem właśnie Legowisko szakali, z zamiarem powiadomienia o tym fakcie zajrzałem na stronę krakowskiego oddziału SPP. I o zgrozo, w rubryce Odeszli od nas  trafiłem na swoje imię i nazwisko. Wprawdzie w dobrym towarzystwie, bo między zmarłymi Miłoszem a Słomczyńskim, ale… Wysłałem e-maila do biura stowarzyszenia z prośbą o sprostowanie i proszę sobie wyobrazić, że otrzymałem odpowiedź utrzymaną w tonie ordynarnym. To ówczesny sekretarz oddziału, człowiek nazwiskiem K., o którym nie słyszałem ani wcześniej, ani potem, radził mi, żebym sobie kupił wieniec nagrobny i rzucił go na moje Legowisko szakali.  To zdecydowanie nie było zabawne. Dalszych szczegółów oszczędzę. Za zgodą ówczesnego prezesa Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przeniosłem się do oddziału warszawskiego.

Czy naprawdę jest tak, że źródło powieści jest nieczyste? Zacytował pan niegdyś te słowa Juliena Greena w obronie Michała Choromańskiego.

Myślę, że to nie jest zła robota, kiedy w rezultacie filtrowania nieczystego źródła uzyskuje się napój cudnej klarowności.

A co może być takim nieczystym źródłem – czy na przykład plotki? Jakie ma pan nastawienie do wykorzystywania ich w celach literackich?

Mam się na baczności, od kiedy plotki, którym do twarzy w buduarze, przeniosły się do literatury faktu.

A pan – jak tworzy literaturę faktu? Ostatnio właśnie przeczytałam Jak upadają wielcy. Tam jest trochę plotek i rozpiętych szlafroków.

Ja już mam dość tych rozpiętych szlafroków, butów i portek. Może u siebie także, ale głównie wokół. Po 2010 do tego stopnia wzrosła moda na odbrązawianie, na wyciąganie genitaliów znanych, nieżyjących twórców, że gotowa forma, lecąc z hukiem, zabiła treść. Kiedy w 2006 wydałem w Świecie Książki Pięknych szaleńców, prześlicznie laudowanych przez prof. Zbyszka Mikołejkę w siedzibie Naczelnej Rady Adwokackiej w Warszawie, nikt się wcześniej nie interesował tym, że Xawery Dunikowski zastrzelił w restauracji kolegę, że wrażliwy pisarz Artur Schroeder nie wytrzymał nagonki utytułowanego i świetnie politycznie ustawionego architekta i zastrzelił się w służbowym mieszkanku w Pałacu Sztuki, że Zofia Stryjeńska została porwana do samochodu i za sprawą wybitnego męża wywieziona do domu wariatów, że w Paryżu aktorka (która potem zostanie zakonnicą) zastrzeliła pisarza Jana Żyznowskiego na jego prośbę itd. Masa tego. W następnych latach – obok beletrystyki – wydałem kolejne książki non-fiction w konwencji Pięknych szaleńców: Sekrety nieśmiertelnych, wspomnianą przez panią Jak upadają wielcy  i Zbrodniarze i cudotwórcy.  Żeby napisać te książki, musiałem prowadzić drobiazgowe kwerendy. Ci, którzy zabrali się do pisania później, do dziś korzystają z gotowców, zapożyczonych ode mnie bez mojej wiedzy. Napisałem np. że Dunikowski zastrzelił Pawliszaka w warszawskiej restauracji Lijewskiego. Spotykam przypadkowo tego nowego autora i pytam go, czy wie, w którym miejscu na Krakowskim Przedmieściu była restauracja Lijewskiego. Nie wie. A co go to obchodzi. To może wie, jakie było w tej restauracji menu przed I wojną światową? Nie wie. To smutne, że ja wiem, a on nie wie i ogłasza drukiem rewelacje jako swoje, to nędzne… Całymi latami wracałem w muzeach do rzeźb Dunikowskiego, krążyłem wokół jego Kobiet brzemiennych  i wyrzezanej w lipie, monumentalnej Głowy Mickiewicza, między innymi również po to, żeby móc  t a k  napisać te książki. Wertowałem prasę z epoki, przewodniki i kalendarze; to pasjonująca praca; szkoda, że dziś tak łatwo wykraść osobom niepowołanym jej efekty. Żeby właściwie naświetlić kulisy pojedynku Leona Chwistka z Władysławem Dunin-Borkowskim w Paryżu, latami w Muzeum Narodowym w Krakowie badałem sposób, w jaki Chwistek namalował formistyczną Szermierkę, zapoznałem się nie tylko z wydanymi w niewielkich nakładach pismami Chwistka, z opóźnionymi relacjami w prasie krajowej, lecz także z bieżącymi wiadomościami w „L’Echo de Paris” i w „Le Figaro”, no i np. z biografiami Modiglianiego, gdzie również wspomina się o tym pojedynku Polaków. Szkoda gadać. Wracam do fikcji literackiej.

Ale jednak za sprawą szlafroka został pan bratem Iredyńskiego?

Prawie wszystko o moim widzeniu Iredyńskiego, oprócz kilku spraw, które zostawię dla siebie, a może i, jeśli czas pozwoli, dla pisarstwa, oraz szlafrokowo-braterskiej anegdoty, puszczonej w eter w radiowej Dwójce, zawarłem w książce Ireneusz Iredyński. Listy z więzienia. Irek był moim przyjacielem, bywał mistrzem. Na samym początku lat osiemdziesiątych XX w., podczas coraz częstszych wypadów z Krakowa, w Warszawie pomieszkiwałem w jego wreszcie własnym, nowym domu z ogródkiem, z psami i doskonałymi obrazami, pod Puszczą Kampinoską. Trzeba wiedzieć, że Iredyński był gwiazdą literatury. Nie opuszczała go legenda człowieka gwałtownego i zabijaki. A ja przy nim odzyskiwałem spokój. Irek, starszy ode mnie o jedenaście lat, nie miał rodzeństwa. Matki nie pamiętał, wychowywały go nadopiekuńcze ciocie. Jesień 1981. W centrum Warszawy złapał mnie deszcz. Zupełnie przemoknięty zjawiłem się u Irka, gdzie byłem rozgoszczony. Otworzył mi w gustownym szlafroku, już nie pamiętam dokładnie: żółtym, powiedzmy, w czarne pasy, frotte. Oczywiście wpakował mnie od razu do łazienki, tam prysznic, suszarka, ręczniki, przez szparę w drzwiach podał mi szlafrok. Nowiutki; identyczny miał na sobie. Nie wyczuwając pewnego komizmu sytuacji siedziałem w salonie naprzeciw niego. Ja pod obrazem Stanisława Masiaka, Irek pod obrazem Tadeusza Dominika. Ktoś zadzwonił do drzwi, żona Irka, Teresa, wprowadziła reżysera Filipa Bajona z rodziną. Bajona poznałem ze zdjęcia na skrzydełku jego pierwszej powieści, on mnie nie znał. Iredyński przedstawił mnie państwu Bajonom: To jest mój brat.  To było wyjątkowo sugestywne. Do tego stopnia, że w pierwszym momencie i ja uwierzyłem… oczywiście ha-ha-ha.

Był pan też w przyjacielskich stosunkach z Herbertem?

Naszych miłych kontaktów nie śmiałbym nazwać przyjaźnią – od 1976 od pierwszego spotkania w SPATiF-ie istniało, owszem, poczucie więzi. Cieszę się, że aż tylu czytelników i słuchaczy miało okazję zapoznać się z plonem naszej znajomości, z nagraną, emitowaną i wielokrotnie drukowaną w całości i we fragmentach naszą rozmową o sztuce, miłości i śmierci, zatytułowaną Światło na murze  (w wydaniu książkowym opublikowana w tomie zbiorowym „Zeszytów Literackich” pt. Herbert nieznany. Rozmowy). 10 kwietnia 1981, w okresie euforii i pierwszego zachłyśnięcia się wolnością, kiedy Zbigniew Herbert wrócił z emigracji i z rozczuleniem nad małym rozumkiem niektórych aktorów przypatrywał się próbie Pana Cogito  w Starym Teatrze, po naszym wspólnym powrocie do hotelu Cracovia nie miał już siły, żeby rozmawiać ze mną w pozycji siedzącej. Zgodnie położyliśmy się na dywanie. Samarytańska żona wielkiego poety, pani Katarzyna, od czasu do czasu dolewała nam kawy do filiżanek. Leżeliśmy, gadając co najmniej przez trzy godziny. Na taśmie magnetofonu, który leżał między nami, pięknie nagrały się także dźwięki stukania naszymi lufkami w szklaną popielniczkę. O, ostro się wtedy paliło. Herbert powiedział do mnie w pewnym momencie coś, czego malowniczość została utrwalona na zawsze:  Proza musi być rozłożysta, a wiersz przeciwnie – musi być chudy, ascetyczny, nerwowy, i pić – tak jak pan teraz – czarną kawę.

Opisane przez pana przygotowania do pisania książki to coś więcej niż research, to dążenie, by wniknąć w temat aż do najdrobniejszego szczegółu. Jak dużo czasu zajmuje panu napisanie książki?

Tego rodzaju książki non-fiction piszę inaczej niż czystą prozę artystyczną. Wiedzę o niektórych postaciach dramatu posiadłem od dawna, inne postacie dopiero poznaję (niekiedy ogromnie ważne są te drugoplanowe). Sprawdzam, obracam je wokół sprawy, która zainteresowała mnie i może zająć czytelników. Sprawdzam w źródłach. A potem dopiero buduję rzeczywistość – i tu już proces idzie podobnie jak w powieści. Lubię, a może lubiłem pisać te kawałki o ludzkich dramatach i pasjach. Być może tylko bym marzył, że będę pisał o sprawach twórców, które siedziały mi w głowie, w sercu i w trzewiach, gdyby nie jedna z ważnych osób w moim życiu, kolega i, jak się okazało, przyjaciel, Stanisław Mikke. To Staszek, który mnie odwiedzał połamanego w Otwocku, widząc, jak leżę unieruchomiony, a jednak nie przestaję pisać i wysyłać felietonów do „Rzeczpospolitej”, gdzie drukowałem je stale w latach 2000-2002 w „Plus Minus” pod autorskim szyldem Papierowy tygrys, jako redaktor naczelny Pisma Adwokatury Polskiej „Palestra” zaproponował mi stały felieton w miejsce felietonów naszego zmarłego przyjaciela, pisarza Władysława Lecha Terleckiego, zresztą kuzyna Staszka. Zapytałem, czy to może być felieton o tragediach, konfliktach twórców. Staszek, adwokat i sam pisarz, przystał na to z radością – i tak powstał mój cykl Procesy Artystyczne. Drukuję je w „Palestrze” do dziś od trzynastu lat; teksty wykorzystuję w książkach, o których mówimy. Stanisława Mikke nie ma od 10 kwietnia 2010. Leciał do Smoleńska z rządową delegacją – nie tylko jako wiceprzewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, lecz przede wszystkim jako człowiek, który wcześniej brał udział w polskich ekspedycjach do Charkowa, Miednoje, Bykowni, żeby towarzysząc pracy lekarzy w krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna, własnoręcznie, bez rękawiczek, rozgarniać ziemię w poszukiwaniu drogich szczątków. Bratanek zamordowanego na nieludzkiej ziemi pozostawił po sobie książki. Kilkadziesiąt egzemplarzy nowego wydania faktograficznej opowieści katyńskiej Stanisława Mikke Śpij mężny  z płytą z nagraniem tekstu czytanego przez Jana Englerta, leciało do Smoleńska na pokładzie samolotu… Dużo z tych książek tam ocalało. No więc Staszkowi, którego żegnałem na zawsze w katedrze Wojska Polskiego w Warszawie, zawdzięczam napęd do pracy nad regulacją tego dopływu mojej twórczości.

Na okładce książki Ireneusz Iredyński. Listy z więzienia  nie ma pana nazwiska. Dlaczego? Przecież wniósł pan w tę książkę również swoją pracę, dużo pracy.

Nie pani pierwsza jest tym zaskoczona. Dr Jarosław Petrowicz, pięknie i pozytywnie omawiając tę książkę w 7 tegorocznym numerze „Nowych Książek”, dzieli się wątpliwością, czy strona tytułowa nie wprowadza czytelnika w błąd, skoro autorem większej części tekstu nie jest Iredyński, lecz doceniony i wszechstronny pisarz (…) Marek Sołtysik. Decydując się na niedrukowanie mojego nazwiska na okładce postąpiłem dokładnie odwrotnie niż Wiktor Woroszylski, który wprawdzie figuruje jako autor wielokrotnie wznawianej opowieści biograficznej Życie Majakowskiego, lecz w rzeczywistości na 780 stron tej książki tylko 30 stron jest autorstwa Woroszylskiego. Cała reszta to wybrane i przetłumaczone przez Woroszylskiego cytaty z tekstów innych autorów piszących o Majakowskim i jego twórczości. Niby tak, niby liczy się koncepcja książki, jest konstrukcja dramaturgiczna, ale… mnie się jakoś nie chciało wychodzić przed orkiestrę. Gdyby nie było listów Iredyńskiego i gdyby nie podarowała mi ich Masza Iredyńska, pierwsza żona znakomitego pisarza, nie byłoby osi, wokół której zawirował mój tekst. Tak sobie myślę.

Wydał pan ponad trzydzieści książek, Polskie Radio wyemitowało kilkadziesiąt pana słuchowisk, na podstawie pana książki powstał film Deborah  w wyśmienitej obsadzie. Współpracował pan – i współpracuje – z najznakomitszymi magazynami literackimi. Jest pan laureatem wielu ważnych nagród, pana powieść Domiar złego  uzyskała dedykację Iwaszkiewicza, a w 2012 roku został pan odznaczony medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. To ogromny dorobek. Czy ma pan poczucie literackiego spełnienia?

Być może miałbym podstawy do rozważań o tej stronie spełnienia, gdybym został zauważony przez Instytut Książki. Przekłady, festiwale – to są te dobra, które mnie ominęły w ostatnim ćwierćwieczu. Ale nie zszedłem z własnej, indywidualnej drogi twórczej – i w tym miejscu jest może autentyczny sygnał spełnienia. Spełnienia obietnicy, jaką sam sobie dałem w 1972, kiedy nie węsząc, gdzie stoją konfitury, pisałem powieść należącą do tych nielicznych, których nikt inny za mnie nie napisze.

Czy ma pan ma myśli powieść Aż do odejścia nocy?

Tak, to dobra książka. Pierwsza. Chciałbym, żeby co najmniej tak dobra, okazała się ostatnia. W sensie autentyczności wizji, obecności miłości i czystości konstrukcji, z przesłaniem pod delikatną, ciepłą powłoką.

Wracając na chwilę do Instytutu Książki – przez cały rok 2015 ukazują się w „Twórczości” pana krótkie prozy z cyklu Spod Spodu, zamykające każdy numer, a wydawcą tego miesięcznika – najstarszego w Polsce i akurat obchodzącego w tym miesiącu swoje 70. urodziny – jest właśnie Instytut Książki. Czy więc niezauważanie się zakończyło?

Trochę liczb i faktów. Instytut Książki istnieje od 11 lat. Marek Sołtysik publikuje w „Twórczości” od 39 lat. Drukowano tam przed wydaniami książkowymi, oprócz licznych wierszy, opowiadań, obszernych fragmentów książek i esejów, całe moje mniejsze powieści: Gwałt, Pakiet Pandory, Tu nie wypada kochać. O kształcie pisma decydują na szczęście jego redaktorzy. Widzi pani, miesięcznik „Nowe Książki”, także jeden z najstarszych, obecnie również wydawany przez Instytut Książki, od lat – z czego jestem dumny – zauważa moje kolejne publikacje. Wnikliwe recenzje zamieszcza – nie sądzę, że przez przypadek – obok recenzji książek, które potem kandydują do najważniejszych nagród literackich. Moje czemuś nie kandydują. Żarty na bok. Widzi pani, na stronie Instytutu Książki jest długa lista polskich pisarzy, ułożona przez Instytut (zresztą z siedzibą w moim wymarzonym Krakowie). W tym momencie, kiedy publicznie zauważam, że nie ma mnie na tej liście, można mnie już uważać za pieniacza. Można mnie jednak uważać za pisarza, który niedostrzeżony przez Instytut znajduje się poza zasięgiem zainteresowania tłumaczy (pisarzowi, którego nie wydają za granicą, w oczy zagląda głód), istnieje sobie poza festiwalami, nie podróżuje na koszt podatników za granicę w celu zaszczycenia imprez literackich, poza tym traci prestiż. To akurat mniej ważne, bo nie ma nic bardziej żałosnego niż blichtrowaty prestiż. Ktoś czuwa, żebym po 45 latach nieustającego zajmowania się literaturą nie wyszedł ze sztucznego cienia. Kto? Pewnie pokątny doradca. Dziś świat obfituje w doskonale płatnych, anonimowych doradców.
Z jednej więc strony: tak jak z wódką, z polityką kulturalną nie wygrasz. Z drugiej jednak na pocieszenie: dłużej pisarza niż dygnitarza.

Liczba pana prac, zarówno literackich, jak i malarskich, jest imponująca i świadczy o dużej pracowitości. Jak organizuje pan sobie pracę?

Najważniejsza jest powieść. Zamysł, impuls, przeczucie tajemniczej rozkoszy, za każdym razem innej. Później powieść sobie dojrzewa. Raz tygodniami, innym razem latami. Gdy wiem, że to już – znaczy, że zacznę pisać – sprzątam po sobie, czyli załatwiam wszystkie terminowe sprawy, przygotowuję z półrocznym wyprzedzeniem stałe felietony do prasy, a potem już cały czas poświęcam powieści. Dzień i noc. Bo to wchodzi w sny. Niekoniecznie jest uporczywe siedzenie przy klawiaturze, robi się inne rzeczy, ale niezwiązane z twórczością, myślenie o książce trwa podczas obierania ziemniaków, doglądania starannie przygotowywanej potrawy, nastawiania i wywieszania prania… bo trzeba wiedzieć, że od dwudziestu lat piszę, rysuję i maluję w jednym pomieszczaniu – w kuchni ponad stuletniej kamieniczki, gdzie poza tym przetacza się życie rodzinne. Musiałem się nauczyć żyć bez gabinetu. Z powodu silnego zaangażowania w twórczość nie mogę myśleć o interesach. Poczucie wolności przy skrzeczeniu rzeczywistości to samo życie. Bez śladu luksusu, acz z wygodami. Nie ma czego żałować. Coraz częściej wyjeżdżam z Krakowa z przygotowaną robotą; mam kilka takich miejsc, gdzie mogę się ukrywać z tym wstydliwym problemem, nazywanym uprawianiem twórczości. I jeszcze jedno: w miesiącach, kiedy maluję, nie mogę pisać ani prozy artystycznej, ani wierszy. Felietony, artykuły, eseje – tak. Ale dziedziny sztuki czystej są o siebie niewyobrażalnie zazdrosne! Potrafią niewiernemu twórcy nieźle namieszać w głowie.

Co pan sam najchętniej czyta?

Dostojewskiego (co mam pod ręką), Juliusza Kaden-Bandrowskiego, autora mocnego stylistycznie, znakomicie trzymającego formę, Stanisława Antoniego Muellera, autora jednej, ale za to jakiej powieści (dla aury i absolutnej prawdy opisu), niekiedy Amosa Oza (dla nieuchwytnego ciepła), dzienniki pisarzy (z Nałkowską i Żeromskim na czele), dzienniki Manggha  Feliksa Jasieńskiego, pamiętniki (Kazimierz Chłędowski, Marian Trzebiński, Zofia Stryjeńska, Irena Krzywicka), wracam do Żeromskiego Walki z szatanem, wczytuję się pasjami w rozliczne roczniki Czecha Kalendarzy Krakowskich, nie gardzę Słownikami Towaroznawczymi (można się np. dowiedzieć, bez jakich składników kiełbasa krakowska podsuszana nie jest godna swej nazwy), inspirują mnie do dalszych poszukiwań informacje zawarte we wszelkiego rodzaju fachowych słownikach, trudno mi się oderwać od pierwszorzędnych powieści drugorzędnych, drukowanych w odcinkach w „Czasie” w dwudziestoleciu międzywojennym, nieźle mi robi lektura Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, wracam do Fausta  Goethego, do konfesyjnych, tym bardziej wstrząsających, że doskonałych formalnie wierszy Egdara Lee Mastersa Umarli ze Spoon River  (Spoon River Anthology), do wybranych rzeczy Tomasza Manna, zawsze coś nowego i pewnie inspirującego znajdę u Arthura Schnitzlera, u Stefana Zweiga. Iwana Bunina, u Marii Ukniewskiej, wczesnego Tadeusza Brezy. Lekturę esejów Czapskiego chętnie przeplatam lekturą Traktatu o malarstwie  Leonarda da Vinci, czuję się bezpiecznie w czasie czytania powieści, których nie można bezkarnie w sensie artystycznym przełożyć na film, których nie można przenieść na scenę, i do tych należą Golem  Meyrinka, Głód  Hamsuna, Gide’a  Lochy Watykanu, Obcy  Camusa. Lubię także – a to mam od czwartego roku życia, kiedy poznałem alfabet – odczytywać na buteleczkach składniki syropów leczniczych.

Jeśli miałby pan możliwość poradzić coś temu chłopakowi, który wtedy, przed laty, wystukał perełką  swoje pierwsze wiersze dla czytelników – co by pan mu powiedział?

Pewnie bym powtórzył:  Rób, jak uważasz, ale uważaj, jak robisz. Taką dokładnie radę miał dać znakomity rzeźbiarz Ludwik Puget (zresztą baron) swojemu synowi Jackowi przed jego wyjazdem do Paryża. Po latach Jacek Puget został również rzeźbiarzem, pamiętam go, był cenionym i kochanym przez studentów profesorem w krakowskiej ASP. Zawsze robił jak uważał  i nigdy nie zginał karku. Tak jak jego ojciec, baron Ludwik, który pojmany przez gestapo podczas łapanki w krakowskim Domu Plastyków, uwięziony w KL Auschwitz został tam zastrzelony przez niemieckiego nazistę, ponieważ nie pochylił głowy i patrzył mu prosto w twarz.

Jestem panu ogromnie wdzięczna za rozmowę, bardzo dziękuję, że się pan zgodził i poświęcił na nią tyle czasu. Prawdę powiedziawszy – kończę ją z żalem, świetnie rozumiejąc, dlaczego Herbert wypił z panem niejedną filiżankę kawy.

Z Markiem Sołtysikiem rozmawiała Beata Klimowcz, 4 września 2015.

Marek Sołtysik – pisarz, poeta, scenarzysta, autor słuchowisk radiowych, eseista, felietonista, redaktor, reporter, juror w konkursach literackich i plastycznych, malarz, artysta grafik, krytyk sztuki. Absolwent ASP w Krakowie. Debiutował w 1972 roku wierszami w „Dzienniku Polskim”. Był związany z „Życiem Literackim”, „Gazetą Krakowską”, „Przekrojem”, TVP Kraków. Napisał ponad trzydzieści książek – w tej liczbie beletrystykę, poezję i eseje – oraz kilkadziesiąt słuchowisk radiowych emitowanych m.in. w II i III programie Polskiego Radia. W programie III PR Mariusz Benoit czytał powieść Deborah, adaptowaną również na dramat radiowy, według której powstał film R. Brylskiego z udziałem m.in. O. Łukaszewicza, J. Zelnika, M. Pakulnis, R. Dancewicz. W 1985 roku kwartalnik „World Literature Today” zamieścił obszerny esej o jego twórczości autorstwa Edwarda Możejki. Od 2002 nieprzerwanie publikuje eseje w miesięczniku „Palestra”. Jego prozy ukazują się też w „Twórczości”. Laureat wielu nagród literackich: Czytelnika za powieść Domiar złego, ze specjalną dedykacją Jarosława Iwaszkiewicza, Nagrody Miasta Krakowa, Nagrody im. Stanisława Wyspiańskiego, Nagrody im Stanisława Piętaka, Nagrody Miesięcznika Literackiego i innych. W 2012 otrzymał Nagrodę Krakowska Książka Miesiąca za zbiór esejów Jak upadają wielcy. W tym samym roku został odznaczony medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W maju 2015 ukazała się jego najnowsza książka, Ireneusz Iredyński. Listy z więzienia. Prowadzi warsztaty prozatorskie na UJ oraz wykłady monograficzne w ASP w Krakowie. Współredaguje czasopismo artystyczno-literackie „Hybryda”, jest członkiem kadry Instytutu Sztuki Literackiej. Zilustrował 10 tomów powieści Sienkiewicza w serii Złoty Sienkiewicz wydawnictwa Ex libris oraz wiele własnych książek. Wystawia indywidualnie w Polsce i za granicą oraz ze Stowarzyszeniem Twórczym POLART, do którego należy. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl, a także w czasopiśmie Hybrydy, nr 27/2015. Redakcja LP dziękuje Markowi Sołtysikowi za zgodę na ponowną publikację.