tomasz cieslakRafał Gawin: Nawet nie pytam, jak wzrosła liczba twoich obowiązków, gdy zostałeś prorektorem UŁ. Po prostu od niepamiętnych czasów jesteś bardzo zajętym człowiekiem.

Tomasz Cieślak: Skłamałbym mówiąc, że znajduję na wszystko czas. Z niektórych dotychczasowych zajęć musiałem teraz, będąc urzędnikiem, zrezygnować. Niestety, nieco mniej czytam – nawet nie ze względu na brak czasu, a siły, nie uczestniczę też tak często jak kiedyś w spotkaniach literackich, festiwalach.

Stowarzyszenie Literackie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego istnieje już od dwudziestu sześciu lat. Współzakładałeś je. Możesz przybliżyć młodszym aspirującym genezę jego powstania?

Stowarzyszenie powstało z inicjatywy zmarłej niedawno Joanny Ślósarskiej, która pod koniec lat 80. i na początku 90. prowadziła na łódzkiej polonistyce i kulturoznawstwie zajęcia z poetyki i teorii literatury. Jej zajęcia wydawały się rodzajem nie do końca zrozumiałego misterium; umiała słuchać i wydobywać z wypowiedzi, czasem niewprawnych, niekiedy wręcz głupich, to, co wydawało się jej ciekawe i potencjalnie inspirujące. Miała specyficzny, nieco ciemny i tajemniczy rodzaj charyzmy, która przyciągała nas, studentów. W pewnym momencie, w 1991 roku, Joanna zaproponowała wybranej grupie swoich studentów i absolwentów wspólną społeczną pracę: rodzaj interdyscyplinarnego, nieformalnego koła naukowego. Ważną rolę spajającą, a potem także nie do przecenienia organizacyjną, pełnili od początku teatrolodzy: Kasia Wielechowska i Mariusz Bartosiak. Dyskutowaliśmy o literaturze, a częściej – o próbach literackich, głównie poetyckich, samych uczestników spotkań, także spoza naszego kręgu. Naturalnym następstwem wydało się doprowadzenie do opublikowania najciekawszych wierszy, umożliwienie debiutu. Na początku lat 90. to była inicjatywa wyjątkowa w skali kraju – i okazała się też wyjątkowo trwała. Był w tym rodzaj bezczelności? nonszalancji? – bo postanowiliśmy być całkowicie samowystarczalni. Pisaliśmy – a raczej szybko okazało się, że niektórzy piszą, a inni wolą tylko o poezji rozmawiać. Krytykowaliśmy się nawzajem podczas cyklicznych spotkań warsztatowych, które nie zawsze były dla ich bohaterów, prezentujących swoje wiersze, miłe, gdyż czasem powstawało ogromne napięcie wynikające z różnicy w postrzeganiu i wartościowaniu poezji (bezdyskusyjny autorytet stanowiła jednak wówczas Joanna Ślósarska). Redagowaliśmy sobie wzajemnie tomy poetyckie, nie mając pojęcia, na czym praca redaktora polega. Uświadamiam sobie, że to musiało być przede wszystkim dla autorów spoza naszej grupy doświadczenie wręcz traumatyczne. (Sam, jako redaktor, pozwalałem sobie na wyjątkowo dużo: chciałem dyktować dobór i układ wierszy, sugerowałem obcięcie puenty, usunięcie niezręcznej metafory, upierałem się, niektórzy autorzy obrażali się na mnie, z innymi się zaprzyjaźniłem). Ze zdobytych pieniędzy – od zaprzyjaźnionych osób, instytucji, potem z konkursu wydawniczego Urzędu Miasta Łodzi – wydawaliśmy zaaprobowane przez naszą kilkuosobową radę wydawniczą zbiory poetyckie w niewielkich nakładach, stale borykając się jednak z problemem dystrybucji. Stworzyliśmy też ogólnopolski, coroczny konkurs poetycki – po to, żeby zapewnić sobie napływ nowych propozycji do wydania, żeby autorom spoza Łodzi dać szansę publikacji. Jednocześnie Stowarzyszenie nigdy nie było ani grupą programową (stąd duża różnorodność publikowanych przez nie tomów), ani nawet grupą przyjaciół! Nigdy nie byłem na przykład w domach niektórych z członków Stowarzyszenia, nie poznałem ich rodzin, nie chodziliśmy razem na piwo, nie spędzaliśmy razem czasu inaczej niż na rozmowach o literaturze. Życie towarzyskie i literackie zaczęło się przenikać w Stowarzyszeniu dopiero pod koniec lat 90.

Stowarzyszenie organizuje konkurs, który wyłonił sporą liczbę poetów, obecnie – nie bójmy się takich słów – stanowiących o obliczu poezji polskiej. W pierwszej kolejności: Roman Honet, Wojciech Bonowicz, Tomasz Różycki i Radosław Kobierski, a także Adam Pluszka, Jacek Gutorow, Przemysław Owczarek, Izabela Kawczyńska, Teresa Radziewicz czy Piotr Gajda – i można wymieniać długo i szczęśliwie. Jako organizator i prawie coroczny juror – czujesz ten prestiż i odpowiedzialność?

Masz rację, można by dodać jeszcze sporo znaczących nazwisk. Nie od razu ci odpowiem. Może najpierw spróbuję wyjaśnić, jak to się stało, że wielu uznanych obecnie poetów ma w swojej biografii książkę wydaną przez Stowarzyszenie? To tym dziwniejsze, że przecież niezbyt fortunnie zaczęliśmy. O pierwszych z drukowanych nakładem SLKKB tomach pisano, nie bez racji, że są grafomańskie. Te opinie trudno było nam przyjąć, doszło do napięć i kłótni, ale w konsekwencji doszło też wtedy do zmiany warty we władzach Stowarzyszenia – Joanna Ślósarska zgodziła się z forsowanym między innymi przez Darka Bugalskiego i przeze mnie zdaniem, że musimy staranniej dobierać tomy do druku, że szlachetny zamiar umożliwienia debiutu bardzo wielu dopiero zapowiadającym się, a piszących jeszcze dość niewprawnie, sprowadzi nas na manowce, a tych ledwie zapowiadających się utwierdzi w niesłusznym przekonaniu, że są spełnionymi artystami. Dała nam więc wolną rękę. Zaproponowaliśmy nową, bardziej profesjonalną szatę graficzną i typograficzną serii, autorstwa Ewy Górniak. Ta szata, z pewnymi nieuniknionymi modyfikacjami, obowiązuje nadal. Zaczęliśmy staranniej wybierać, staliśmy się bardziej wybredni. Niektórym autorom, nawet już tym dobrze rozpoznawanym dzięki wierszom zamieszczanym w czasopismach, którzy chcieli publikować w serii poetyckiej Stowarzyszenia, po prostu odmawialiśmy. Wiem, że przyjmowali to niekiedy z zaskoczeniem, tym bardziej że trudno nam było napisać w opinii, najszczerzej, iż zaproponowane przez nich wiersze nam się nie podobają – i już. Wspomniałem, że Stowarzyszenie nie miało charakteru programowego – ale zobacz, że choćby tych wymienionych przez ciebie przed chwilą poetów jednak coś łączy, mimo wszystkich różnic. Wolałbym sam tego nie nazywać, nie dlatego, że nie chcę ujawniać jakiejś naszej tajemnicy, jakiegoś niewypowiedzianego założenia – bo czegoś takiego nie ma. Może te wspólne zajęcia ze Ślósarską ustawiły nam, tym w Stowarzyszeniu starszym, jakoś ucho? Uwrażliwiły na jakiś rodzaj poezjowania, a odsunęły od innego?

Wracam do twojego pytania, które jakoś mnie, przepraszam, rozbawiło. Zaraz wyjaśnię dlaczego. Owszem, czuję odpowiedzialność – i przywiązanie. Zbyt wiele lat swojego życia w to zaangażowałem, żeby traktować działania Stowarzyszenia chłodno. Przed każdym kolejnym finałem konkursu, który odbywał się najpierw w styczniu, w okolicy rocznicy urodzin Baczyńskiego, potem – dla wygody dostosowania do kalendarza akademickiego i ze względów pogodowych – na początku marca, czułem niepokój, miałem zarwane noce, byłem w ciężkim stresie. Żeby było jasne – nie ja jeden! Zawsze baliśmy się o to, czy wszystko przebiegnie jak należy, a zwłaszcza czy zbierzemy pieniądze potrzebne na nagrody (temu też służyło, czasem niemiłosiernie krytykowane na różnych forach, niewielkie wpisowe). Czy wszyscy dojadą? Jurorom, uznanym poetom i krytykom z całej Polski, nigdy nie płaciliśmy honorariów, ale też nie domagali się tego: od Jarka Klejnockiego, do którego, nie znając go wówczas, zadzwoniłem tak po prostu, z głupia frant, z propozycją jurorowania, usłyszałem, kiedy nieśmiało zapytałem o kwestię honorarium, żebym się nie wygłupiał; od Jacka Dehnela, że od Stowarzyszenia pieniędzy nie weźmie, a od wielu – że bycie jurorem w naszym konkursie to dla nich zaszczyt! Karol Maliszewski, Romek Honet, Tomek Różycki czasem wręcz zarywali noce, żeby, mimo licznych obowiązków w innej części Polski, dotrzeć do Łodzi na czas.

Zatem, Rafale, powiem tak: Seria poetycka Stowarzyszenia i organizowany przez nie Konkurs Poetycki o Nagrodę im. Baczyńskiego zyskały swego rodzaju ogólnopolski prestiż. Dla niektórych poetów i krytyków oraz czytelników jest on wartością trwałą, inni uznają zapewne, że przemija (albo należy do przeszłości). Tych, którzy kręcą nosem, rozumiem – bo trudno znaleźć inicjatywę, która byłaby równie atrakcyjna dla zwolenników różnych poetyk i języków. Niedawno usłyszałem nawet od pewnej łódzkiej poetki, że propagujemy poezję nieznośnie nudną i choćbym nie wiem jak ją przekonywał, nie wyda w Stowarzyszeniu swojego nowego tomu. Ale nie będę jej przekonywał… Muszę jednak dopowiedzieć, że jeśliby prześledzić odbiór naszych działań ze strony badaczy życia literackiego, to obraz naszych działań okaże się niejednorodny. W  Tekstyliach poświęconych rocznikom 70. pisze się o nas mało, ale z uznaniem; Przemysław Czapliński z kolei, wnikliwie opisujący mapę literacką Polski, zupełnie Stowarzyszenie pomija. Generalnie nie przypominam sobie, żeby ktoś spoza grona współpracującego z SLKKB napisał o jego działalności cokolwiek szerzej.

Aha, jeszcze jedno: stwierdziłem przed chwilą, że twoje pytanie mnie rozbawiło. Pozwól, że zamiast wyjaśnienia zadam ci pytanie, jak wyobrażasz sobie pracę w przeświadczeniu, że robisz coś niezwykle prestiżowego? Czy nie będzie to paraliżujące? Poza tym – jak mierzyć ten prestiż?

Sprawa jest poważna. Żyjemy w czasach redefinicji wielu pojęć, upadku tradycyjnie rozumianych autorytetów i prestiżu, który można  dystrybuować, metodami mniej lub bardziej, z punktu widzenia literatury, profesjonalnymi. Z jednej strony rządzi rynek, z drugiej wiele działań, również artystycznych, sprowadza się do uprawiania polityki. Przez ten fakt utowarowienia rzeczywistości może, paradoksalnie, poezji jest trochę łatwiej – ten rynek ją wypiera, wyprasza do niszy, niemniej w najbardziej znanych księgarniach internetowych najbardziej prężnych oficyn kojarzonych z poezją (Biuro Literackie i Wydawnictwo WBPiCAK) również pojawiły się  rankingi sprzedaży. W kontekście upolitycznienia literatury nie chodzi już tylko o wszechobecną kategorię zaangażowania, jaką w przypadku niektórych autorów (wręcz przysłowiowy tutaj Andrzej Sosnowski) wykorzystuje się w sposób totalny: pojawia się  zaangażowanie w język, zaangażowanie w metaforę czy  zaangażowanie w prywatność. Nie wiem, co jeszcze w tak ustawionych realiach jest wiarygodnie mierzalne. Na pewno działania SLKKB są obciążone dziedzicznie, bo skoro Stowarzyszenie w jakiś sposób – wracając do terminologii marketingowo-ekonomicznej – wylansowało tylu znaczących poetów, to z każdą edycją konkursu, z każdym rokiem wydawniczym, który nie przynosi podobnych odkryć i przełomów, inicjatywa spotyka się z krytyką czy gorzej – z przemilczeniem. Więc nie zazdroszczę.

Stowarzyszenie wydało już przeszło sto pozycji książkowych, w zdecydowanej przewadze – poetyckich, autorów polskich, przede wszystkim laureatów konkursu Baczyńskiego. Które książki zapamiętałeś szczególnie?

To trudne pytanie. Cokolwiek powiem, może być użyte przeciwko mnie. Zapamiętałem przecież nie tylko te publikacje, które były dla mnie poetyckimi objawieniami, ale też te, z których autorami, jako redaktor, musiałem wręcz, w swoim paskudnym uporze, walczyć o ostateczny kształt tomu. I nie zawsze tę walkę wygrywałem. Jednak – bez nazwisk z tej kategorii. Nie wyobrażam sobie polskiej poezji ostatnich kilkunastu bez  Vaterlandu Różyckiego, alicji Honeta, wierszy Bonowicza, Gutorowa, Kobierskiego. Ich książki były dla mnie osobiście i prywatnie po prostu bardzo ważne, ale fascynujące jest też czytać to, co napisali później, jak to się ma do ich wczesnych zbiorów. Miałem szansę część z tych początkowych tomów redagować. Może kiedyś, później niż wcześniej, przyjdzie czas na opublikowanie korespondencji z tamtego okresu? Połowa lat 90. to były czasy bez Internetu i bez komórek. Z jednym z poetów ustalałem szczegóły kompozycji jego zbioru w późnowieczornych rozmowach telefonicznych. Przed północą wychodził wyprowadzić psa, kupował kartę telefoniczną i do mnie dzwonił.

Które uważasz za niesłusznie niedocenione?

Mam wrażenie, że niedoczytany jest ciągle Radek Kobierski. Niby tu i ówdzie pojawia się w różnych opracowaniach, ale domykany w jakiejś  śląskości, w jakichś konwencjach, w których już się nie mieści. I zdecydowanie z niejasnych powodów niezauważony Mariusz Baryła (Koniec wieku, 1994). I Krzysztof Rejmer (Tu kiedyś spadł Ikar, 1993). Poza tym: Bujała, Muszer, Adamowski, Dalasiński. Inni poeci niekoniecznie zaczynali u nas świetnie, ale potem napisali dużo dobrych wierszy.

Za to teraz Tomasz Dalasiński wydał książkę (Copyright, 2016), która może zwrócić na niego szczególniejsza uwagę nie tylko krytyki, czego mu życzę. O Izabeli Kawczyńskiej i jej mocnym, nie tylko na poziomie emocji poetyckich, debiucie już w kontekście niedocenienia wspominałem. Również szczególnie zatrzymali mnie poeci silnie zanurzeni w lingwistycznej wyobraźni, wobec nurtu tej ośmielonej, istotnej w kontekście zasług Stowarzyszenia, ustawionej niejako post-: Bohdan Sławiński (Sztućce do glist, 2008) i Krzysztof Bieleń (Roztwór nienasycony, 2004). I o ile pierwszy zaistniał w polskiej literaturze dzięki powieści Królowa tiramisu (finałowa siódemka nagrody Nike), o drugiego upominał się praktycznie tylko Karol Maliszewski, choć przecież jeszcze zdążył wygrać, nieistniejącą już, Tyską Zimę Poetycką, jeszcze bardziej zjawiskowym tomem  Wiciokrzew przewierceń (2009). Na dłuższą metę, niestety, bezskutecznie. Inna sprawa – Sławiński literacko milczy od ponad siedmiu lat, Bieleń w tym czasie wydał jeden (raczej przemilczany) zbiór wierszy pt. Błystki wahadłowe.

Ale wróćmy do problemów bieżących. W Stowarzyszeniu, można powiedzieć, ma miejsce zmiana warty. Do prezesującej od ładnych kilku lat Moniki Kocot dołączają kolejni młodzi i prężni, ale o Stowarzyszeniu jakby mało słychać. Jaka jest w nim teraz Twoja rola?

Zaczęliśmy rozmowę od moich administracyjnych zaangażowań. To one w znacznej mierze ograniczają moją aktywność w Stowarzyszeniu. Poza tym najmłodszym mógłbym ojcować. Różnica pokolenia w patrzeniu na poezję to dużo, nieprawdaż? Zwłaszcza gdy nie o seminarium literaturoznawcze chodzi, a o bieżące harce krytyczne. Nadal jednak na bieżąco czytam, czasem redaguję, doradzam.

Zawodowo zajmujesz się literaturą, a w szczególności najnowszą polską poezją. Co szczególnie w niej cenisz? Jakie obecnie wątki, gesty i programy cię interesują? Co badasz, a co czytasz, upraszczając, dla przyjemności?

Rafale, to jest niezwykle szerokie pytanie, pytanie na osobną rozmowę! Zaskoczyłeś mnie tak bardzo, że trudno mi teraz zebrać myśli. Jeśli nie mogę uniknąć odpowiedzi (a widzę, że kiwasz przecząco głową), to odpowiem oględnie. Na pewno nie mam ulubionych wątków, gestów czy programów. Nie wierzę w programy, żadne, także te partyjne, a co dopiero w poetyckie. Zawsze szukałem świetnych wierszy, a nie ilustracji jakichś założeń. W najnowszej polskiej poezji nieustanie fascynuje mnie nie językowa ekwilibrystyka ani też, z drugiej strony, prosty i pozornie niekontrolowany zapis irytacji czy oburzenia na rzeczywistość, ale umiejętność zbudowania poetyckiego świata, który jest totalny i który jednak w jakimś stopniu pozostaje (albo tak mi się wydaje, że pozostaje) w związku z realnym doświadczeniem artysty i wynika z niego samego. Wizja zatem, nie równanie. I odpowiedzialność za słowo, jakkolwiek różnie to można rozumieć. Gdybym miał wskazać patronów takiej postawy, to byliby przede wszystkim: Leśmian, Miłosz, Różewicz i Białoszewski.

I jeszcze jedno: mam ten zawodowy komfort, że to, co czytam, czytam dla przyjemności. Z obowiązku przeglądam różne nowości.

Ktoś cię ostatnio w sposób nieprzewidziany zaskoczył? Ktoś w większym stopniu rozczarował?

Chcesz rozmawiać ze mną jak z komentatorem sportowym? Proszę bardzo, ale krótko. Po pierwsze, zaskoczyła mnie łatwość, z jaką niektórzy ciekawi poeci, zanurzeni w kulturze dawnej, o silnym zmyśle metafizycznym i, nazwijmy to tak, moralnym, wkroczyli na drogę liryki doraźnie politycznie użytecznej, udając jednak, że wcale nie angażują się politycznie, tylko wypowiadają w imię uniwersalnych wartości. Po drugie, zaskoczyło mnie, że nagrodę Nike przyznano ostatnio minoderyjnemu i pretensjonalnemu  Nakarmić kamień Bronki Nowickiej – i krzyk się z tego powodu nie podniósł. Po trzecie, zaskakuje mnie (nie, inaczej: nieustannie cieszy) dobra kondycja poetycka Marcina Świetlickiego. Po czwarte, cieszy  Nautilus Macieja Roberta. Tu przerywam.

Twoja działalność krytycznoliteracka odbywa się od niepamiętnych czasów niejako na marginesie działalności akademickiej. Piszesz, owszem, recenzje, szkice i eseje, ale przede wszystkim można cię spotkać na uniwersytecie. To chyba tam jesteś w swoim żywiole. Nie korciło cię nigdy, by bardziej się poświęcić krytyce literackiej?

Z tymi niepamiętnymi czasami to chyba przesadziłeś. Jakoś jednak przez te, niech będzie, że dość długie już lata, po ukończeniu studiów w 1990 roku, poznałem siebie na tyle, że wiem, iż wolę być bardziej historykiem literatury (paradoksalnie: najnowszej, więc jakoś  nieczystym) niż krytykiem walczącym na barykadach, ostrzeliwującym przeciwnika albo opatrującym swoich. Nie mam temperamentu Karola Maliszewskiego, nie mam ani trochę jego cudownego zacietrzewienia. Lubię też uczyć, prowadzić zajęcia, a do tego trzeba pewnego dystansu. Moja bieżąca aktywność krytyczna sprowadza się do niemal comiesięcznego szkicu recenzenckiego w lokalnym, łódzkim „Kalejdoskopie”. Tych tekstów uzbierało się ze sześćdziesiąt. Pisywałem też do „Nowych Książek”. Nie kusi mnie jednak budowanie jakichś większych recenzenckich konstrukcji, wynajdywanie i opisywanie szkół czy tendencji. Przyznam, że interesuje mnie w poezji przede wszystkim pojedynczy tekst, którym jest dla mnie albo liryk, albo książka liryczna, bo tę zawsze traktuję jako spójną wypowiedź i biada jej, jeśli bardziej przypomina menu w restauracji, wedle zasady: umiem ugotować i to, i tamto.

A prowadzenie warsztatów? Całkiem niedawno zrezygnowałeś z takowego w Domu Literatury w Łodzi.

Warsztaty te w założeniu miały być prostym przeniesieniem formuły spotkań Stowarzyszenia, ale dla osób spoza jego kręgu. Ukształtowały się jednak inaczej – jako spotkania osób hobbistycznie piszących wiersze i prozę, niemyślących o wydawaniu książek i zdobywaniu rzesz czytelników. Tak wyszło. Mam wrażenie, że jakoś się zrytualizowały, ale słyszę od uczestników, że są im ciągle potrzebne. To nie są młodzi gniewni, lecz osoby w większości starsze ode mnie. Nie interesuje ich poszukiwanie nowych, własnych środków wyrazu, lecz rozmowa o tekstach. Od pewnego czasu spotykamy się w łódzkim Poleskim Ośrodku Sztuki, niezobowiązująco, nieformalnie, raz w miesiącu, na półtorej – dwie godziny. To mój dla tych sympatycznych osób podarunek, bo pracuję społecznie.

Na młodej poezji autorów łódzkich i podłódzkich ciąży piętno tak zwanej dykcji łódzkiej, wymyślone, ba, wykreowane jakby na potrzeby nazwania nowego pokolenia łódzkich poetów, debiutującego mniej więcej w latach 2006-2011. Twój stosunek do takich pochopnych, geograficznych klasyfikacji był od samego początku krytyczny. Nic się pod tym względem nie zmieniło?

Bo też żadne piętno łódzkiej dykcji na nich nie ciąży! Owszem, pojawiło się ostatnio w Łodzi i jej okolicach sporo naprawdę ciekawych poetek i poetów, których łączy w jakiejś mierze przede wszystkim miejsce spotkań, Dom Literatury, łączy – czasem – obecność wielkomiejskich i specyficznie łódzkich motywów w wierszach. Ale różni znacznie poetyka i sposób definiowania funkcji poezji. Recz jasna, znajdzie się zawsze jakiś krytyk, który z tej plejady sklei całość, wśród gwiazd zobaczy gwiazdozbiór. Będzie więc próbował usilnie wyolbrzymić elementy wspólne, a skrzętnie pominąć odrębne. Czemu to ma służyć? Czy pomoże w dostrzeżeniu przez krytykę ogólnopolską? Skądże! Przeciwnie: pozałódzki krytyk może chętnie wykorzystać pojęcie reprezentatywności w obrębie  dykcji łódzkiej – i pisać, upraszczając, o wszystkich łącznie, bo z lenistwa nie będzie mu się chciało przyjrzeć temu, co pojedyncze i niepowtarzalne. Jak poeci chodzą parami, to nigdy nie wychodzą z przedszkola. A jak się naśladują, to mordują się wzajemnie.

W Łodzi i okolicach krążą legendy o twoim niewydanym debiutanckim zbiorze wierszy. Niektórzy podobno nawet czytali te wiersze. Uchylisz rąbka tajemnicy albo zdementujesz niecne plotki?

Chcesz połechtać moje ego, że jestem tematem legendy? Chyba każdy student polonistyki coś kiedyś pisał do szuflady. Niektórzy mieli odwagę to pokazać światu, a nawet wydać. Bo było świetne albo wydawało im się, że jest świetne. Moje młodzieńcze wiersze (nie mówię o dziecięcych, bo takie też pisałem) były wtórne. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, zdecydowałem, że ich wydanie (było na dobrej drodze w Stowarzyszeniu, zredagowane i z ze zdjęciem na okładkę) nie ma sensu. I nie ma o czym mówić. Nawet nie wiem, gdzie te papiery są teraz. Proszę nie szukać.

Dziękuję za rozmowę.

Z Tomaszem Cieślakiem rozmawiał Rafał Gawin, styczeń-luty 2017.

 

Tomasz Cieślak – ur. 1966 r. w Łodzi. Historyk literatury i krytyk literacki.  Współzałożyciel ogólnopolskiego Stowarzyszenia Literackiego im. K. K. Baczyńskiego w Łodzi, kilkakrotnie jego przewodniczący, juror w Konkursie Poetyckim o Nagrodę im. Baczyńskiego, redaktor wielu tomów poetyckich wydanych przez Stowarzyszenie. Głównym obszarem jego zainteresowań jest dwudziestowieczna i najnowsza poezja polska. Opublikował szkice i rozprawy dotyczące między innymi: Bolesława Leśmiana, Juliana Tuwima (Nieszczęsny Cagliostro. Nieznane teksty Juliana Tuwima, Łódź 2003; Julian Tuwim. Biografia, twórczość, recepcja, red. Krystyna Ratajska i Tomasz Cieślak, Łódź 2007), Aleksandra Wata, Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta, Mirona Białoszewskiego, Marcina Świetlickiego, Tomasza Różyckiego, Przemysława Owczarka, Macieja Roberta, Marka Czuku. Jest współredaktorem i współautorem książek zbiorowych: dwutomowego opracowania  Literatura polska 1990-2000, Kraków 2002;  Nowa poezja polska. Twórcy – tematy – motywy, Kraków 2009; Cielesność w polskiej poezji najnowszej, Łódź 2010 oraz dwu książek autorskich: W poszukiwaniu ostatecznej tajemnicy. Szkice o polskiej literaturze XX wieku i najnowszej, Łódź 2009 i monografii  Nowa poezja polska wobec poprzedników. Lektura relacyjna, Łódź 2011. Odrębne pole jego działalności naukowej stanowią kwestie pogranicza kulturowego oraz zagadnienia regionalnego życia literackiego. Jest stałym recenzentem tomów poetyckich autorów związanych z regionem łódzkim w lokalnym miesięczniku kulturalnym „Kalejdoskop” oraz recenzentem ogólnopolskiego miesięcznika „Nowe Książki”.Od 1990 roku pracuje na Uniwersytecie Łódzkim. W roku 1997 uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, habilitował się w roku 2012. Obecnie jest pracownikiem Katedry Literatury i Tradycji Romantyzmu w Instytucie Filologii Polskiej UŁ. We wrześniu 2016 roku został wybrany prorektorem ds. studenckich UŁ.

13620203_10210322266234776_3469220340291311559_nRafał Gawin – ur. 1984 r. Poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki  (2009) oraz książki poetyckie  Wycieczki osobiste / Code of change  (2011) i  Zachód słońca w Kurwidołach  (2016). Tłumaczony na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w  Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura  (2012) i  Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.