Fot. Rafał Komorowski

Fot. Rafał Komorowski

Beata Klimowicz: Kiedy według pana można powiedzieć o sobie jestem pisarzem?

Ziemowit Szczerek: Nie mam pojęcia. Kiedy kto się czuje, kiedy chce… Nienawidzę oceniania tego, za kogo ludzie chcą siebie mieć, jak chcą się widzieć, jak przedstawiać. Szczerze mówiąc, ani trochę nie mam takiej potrzeby.

Powiedział pan jednak w którymś z wywiadów, że otrzymanie Paszportu „Polityki” za książkę Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian było ugruntowaniem poczucia, że jest pan pisarzem. Bo z wykształcenia jest pan prawnikiem, studiował pan też politologię i ma pan na koncie publikacje naukowe z tej dziedziny. Czy można więc powiedzieć, że studia literackie, filologiczne nie są potrzebne, by dobrze pisać?

Opanierowanie w cywilizacji stworzonej przez gatunek ludzki, a nauka to część tej cywilizacji, ale tylko część – jest bardzo ważne. Ale raczej to wszystko jedno, skąd autor weźmie swój background do pisania o tym, co go fascynuje. Chodzi o to, żeby to, co tworzy, było pasjonujące – i dla niego, i dla czytelników.

A powiedziałem, że Paszport mnie ugruntował, bo dla mnie samego, to znaczy – w moim odniesieniu do własnej osoby ogłaszanie się samemu pisarzem ma w sobie, mam wrażenie, coś nieelegancko buńczucznego. Pisarz nie pisze wyłącznie dla siebie. Pisze, być może przede wszystkim, dla czytelników, czyli na zewnątrz, czyli to zewnątrz musi autora namaścić jako pisarza. Samonamaszczenie mogło wyjść być może Napoleonowi, ale generalnie takie obwoływanie siebie samego tym czy tamtym wydaje się mało skromne. Raz jeszcze podkreślam, że mówię wyłącznie o swoim odczuciu i nie wydaje mi się, by każdy musiał mieć na ten temat poglądy takie jak ja.

Ale jeśli moje pisarstwo nagradza poważania godna gazeta, którą zresztą sam od zawsze czytałem i do której pisanie od dawna była moim marzeniem, to moja pozycja w tym pisarskim świecie ma – nazwijmy to – glejt. No i o to mi chodziło.

Jest pan też tłumaczem, dziennikarzem, autorem wywiadów, reportaży literackich, felietonów, ale też był pan dziennikarzem muzycznym – w której roli najlepiej się pan czuje?

Z tym dziennikarstwem muzycznym to był raczej nic nieznaczący epizod. Nie wiem. Po angielsku jest jedno słowo – writer. Jestem dziennikarzem, gdy piszę teksty dziennikarskie, jestem pisarzem, gdy piszę beletrystykę. Czasem przez pisarza przeziera dziennikarz, czasem odwrotnie. Nie wiem. Dobrze się czuję w tym i tamtym – i tu też nie mam specjalnej potrzeby tego nazywać.

Jeśli chodzi o przekład – wydawałoby się, że praca nad cudzym tekstem może być dla pana zbyt ograniczająca, zważywszy na dość dynamiczny charakter pańskiego stylu. Czy więc lubi pan to robić?

A właśnie, uwielbiam! Praca nad tekstem, którego nie trzeba wymyślać – to cudowna sprawa! Choć nie ukrywam, że wolę jednak pisać od początku, to w tłumaczeniu jest coś bardzo wciągającego. Szukanie rozwiązań, znaczeń… to jak rozwiązywanie najlepszej krzyżówki na świecie.

A kiedy napisał pan pierwszy utwór literacki?

Hm. Chyba zawsze pisałem jakieś pierdółki. Lubiłem to. Ale gdy byłem dziec kiem, to rysowałem komiksy. I, szczerze mówiąc, wolałem je zdecydowanie rysować, niż pisać. Teraz też z kolegą przygotowujemy komiks. No i to on rysuje, a ja piszę.

Jakie słabości i bariery twórcze musiał pan przełamywać, pisząc?

Ja generalnie raczej szukam wyjść z sytuacji niż problemów, barier i powodów, żeby czegoś nie robić. Chciałem, to zacząłem pisać. I koncentrowałem się na pytaniu: jak?, a nie dlaczego nie powinienem?

Czy napotkał pan na swojej drodze Mistrza, kogoś kto ukształtował pana jako pisarza?

Nie. Choć oczywiście było sporo inspiracji, jeśli chodzi o autorów których zawsze lubiłem czytać. Ale ja mam tak, że w rzeczach, które mnie fascynują, fascynuje mnie najczęściej klimat, więc te inspiracje były raczej klimatyczne niż stylistyczne.

Przyjdzie Mordor… to fabularyzowany reportaż z podróży. Czy rzeczywistość nie była sama w sobie wystarczająco barwna?

Była, i co z tego? Co to znaczy wystarczająco? Chciałem się nią pobawić, to się pobawiłem.

Czyli przefiltrował pan tę rzeczywistość przez siebie – tak to pan gdzieś ujął – i wyszedł styl gonzo, sycący nasze wyobrażenie o Ukrainie czerpane na przykład z filmików o ruskich na Youtubie, w których mieści się też Ukraina.

Trochę pani nie zrozumiała. To jest, jeśli już gonzo, to gonzo o gonzo, czyli właśnie książka o tym, jak to wyobrażenie ruskiego  jest sycone filmikami o ruskich. To jest książka o stereotypach, o ich paskudnej, ale i kuszącej stronie. Sądząc po pani interpretacji, najwidoczniej nie udało mi się w książce przedstawić swoich przemyśleń tak, by były dla wszystkich jasne i zrozumiałe, ale na pewno nie jest to książka mająca opisać ruskiego w prostacki, stereotypowy sposób.

Gonzo do kwadratu akurat mieści mi się w głowie, a Ukraina w sercu i w rodzinnych albumach. I właśnie – rozmawiając z twórcą, szukam źródeł inspiracji, czy więc w Ukrainie widzi pan ojczyznę utraconą, stąd pana zainteresowanie?

Ależ skąd. Ukraina nie jest w żadnym wypadku moją ojczyzną. Mam wiele miejsc, z którymi czuję się tam emocjonalnie związany, ale mam takie miejsca na całym świecie. A jeśli chodzi pani o polski rewizjonizm, to kula w płot – nie ma we mnie za grosz kresonostalgii.

Ależ ja nie strzelam, we mnie jest spora szczypta kresonostalgii, ale bez rewizjonizmu. Wracając jednak do pana – czym więc Ukraina zainteresowała pana na tyle, że poświęcił jej książkę?

Czemu Ukraina mnie interesuje? Zapewne z tego samego powodu, który sprawia, że interesują mnie inne kraje Europy Wschodniej czy Środkowo-Wschodniej, czy w ogóle Europy: bo jest wariantem mojej rzeczywistości, a jednak od niej odmiennym. A takie rzeczy mnie po prostu interesują. Lubię historie alternatywne, a każdy kraj naszego regionu jest czymś w rodzaju spełnionej historii alternatywnej. Ukraina w każdym razie nie jest jedynym krajem, który mnie interesuje. I wcale nie interesuje mnie najbardziej. Zresztą nie tylko Europa jest interesująca. Mnie wszystko interesuje. No, prawie.

Czy w czasie podróży na Ukrainę powstawały zapiski, dziennik, czy też spisywał pan wszystko po powrocie za biurko?

A różnie. Teraz też różnie. Staram się sporządzać notatki na bieżąco, ale nie zawsze, niestety, to robię. Potem żałuję. A to bardzo ważne.

W jakich warunkach najlepiej się panu pisze – przy muzyce czy w ciszy; czy jest konkretne miejsce i czas, które pan wybiera? Talizmany, maskotki, rytuały, a może używki?

Używek nie, nie umiem pisać inaczej niż na trzeźwo. Czasem muzyka, jeśli mam dość ciszy, i odwrotnie. Ale jeśli muzyka, to do pisania wyłącznie muzyka tłowa, a nie rozpraszająca. Weź tu na przykład pisz przy takim Oxxxymironie, którego słuchanie wymaga zaangażowania wszystkich zmysłów, którego nie da się słuchać przy okazji, tak samo, jak się nie da czytać jednym okiem, przy okazji, w tle. Dzielę muzykę na taką, której słucham do pisania lub czytania, i taką, której słucham tak, jakbym czytał.

Jest pan współautorem zbioru Paczka Radomskich. Czy z Marcinem Kępskim pisaliście swoje opowiadania zupełnie niezależnie od siebie, czy też w jakim zakresie współpracowaliście?

Osobno. „Kępa” ma zupełnie inną wrażliwość niż ja. Po prostu chcieliśmy sportretować to miasto.

Czy zdarzyło się, że zabolała Pana krytyka? Na przykład stwierdzenie, że Siódemkazamula?

Na szczęście te książki jakoś się podobają i krytyka za bardzo po nich nie jeździ – staram się pisać rzeczy w miarę dobrze się czytające i w miarę dobrze skonstruowane. Takie, jakie sam bym chciał przeczytać. Choć Siódemka na przykład bardziej podoba się krytyce niż mnie samemu. A jeśli chodzi o krytykę, to dzielę ją na dwie części – krytykę konstruktywną, z której po prostu wyciągam wnioski i idę dalej, bo uważam, że to jest sedno krytyki, i krytykę hejterską, którą olewam. Wie pani, pracowałem długo w portalu internetowym i po jakimś czasie czytania komentarzy pod swoimi artykułami człowiek się uodparnia na hejt.

Czy jest coś w pana wcześniejszym dorobku, co obecnie napisałby Pan zupełnie inaczej?

Czy ja wiem… Nie wierzę w podróże w czasie, wiem natomiast, że człowiek się kształtuje tak, jak się kształtuje. Widocznie musiałem przejść przez wszystko, przez co przechodziłem, i opisywać wszystko tak, jak w danym czasie umiałem.

Jeśli mógłby pan rzucić wszystko i skupić się napisaniu jednego opowiadania, powieści, eseju – jakiemu tematowi byłyby one poświęcone?

Cholera. Chyba sam przed sobą boję się odpowiedzieć na to pytanie. Ale myślę, że byłoby to próba zrozumienia siebie w świecie. I lawirowania pomiędzy sposobami postrzegania rzeczywistości.

To bardzo intrygujące. Czyżby chodził panu po głowie – powiedzmy – ostry erotyk?

Pani od razu o pieprzeniu… Jeśli strach, to od razu seks? I dlaczego właściwie miałbym się bać ostrego erotyka? Wyczuwam mocną tabuizację tematów seksualnych.

Nie biorę tej uwagi do siebie, to nie rozmowa o mnie, a pan po prostu ucieka od pytania (śmiech). Więc inny zestaw: gdyby mógł pan powiedzieć coś do siebie samego – jako autora – sprzed dwudziestu lat, jakie byłyby to słowa?

A pytanie brzmi: „Czy jeśli boję się samemu przed sobą przyznać, o czym tak naprawdę chciałbym napisać, to znaczy, że chciałbym napisać o seksie”? Ale to naprawdę jakiś dziwny podskórny purytanizm u pani się włącza (śmiech).

A co do siebie sprzed lat – chyba by mnie wkurwiał ten gówniarz za bardzo, żeby z nim gadać. Ale pewnie bym mu powiedział coś w stylu szukaj wyjść, a nie barier  czy jakiś inny banał, którego by nawet nie zapamiętał albo uznał za tetryczenie starego dzioda.

Okej, no to bez podróży w czasie, ale z życzliwością i sercem na dłoni do młodych (tak czy inaczej) adeptów pisania: co mógłby pan im poradzić?

Szukać wyjść, a nie barier. Szukać sposobów, jak zrobić, a nie powodów, żeby nie robić (nie umiem, nie dam rady, nie nadaję się, bla, bla, bla).

Wiem, że jest pan w stałych rozjazdach, cieszę się, że znalazł pan czas i odpowiedział na moje pytania. Bardzo dziękuję!

Proszę bardzo i przepraszam, że tyle to trwało.

 

Z Ziemowitem Szczerkiem rozmawiała Beata Klimowcz, 26 czerwca 2015.

Ziemowit Szczerek (urodzony 10 kwietnia 1978 r. w Radomiu) – dziennikarz, pisarz i tłumacz. Absolwent prawa i podyplomowych nauk politycznych. Dziennikarz współpracujący z czasopismami „Polityka” i „Nowa Europa Wschodnia”. Mieszka w Krakowie.

Autor między innymi pierwszego w Polsce tłumaczenia Upadku i demoralizacji na Derby Kentucky  Huntera S. Thompsona, publikacji naukowych z dziedziny politologii (poruszających kwestie separatyzmów i regionalizmów w Europie), współautor książki Paczka Radomskich (wyd. Paczka Radomskich). Autor książki Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian (Korporacja Ha!art, 2013), która jest fabularyzowanym reportażem na temat Ukrainy, oraz Rzeczpospolita zwycięska (Wydawnictwo Znak, 2013), będącą alternatywną historią Polski utrzymaną w formie eseju. Obie książki doczekały się wielu pozytywnych recenzji, w tym w czołowych polskich mediach (między innymi na portalu Onet.pl, Interia.pl, kulturaonline.pl, w „Polityce”, „Przekroju”, „Lampie”).

Autor wywiadów, reportaży literackich i opowiadań publikowanych między innymi w „Tygodniku Powszechnym”, „Nowej Europie Wschodniej”, „New Eastern Europe”, „Lampie”, „Ha!arcie”. Jest także stałym felietonistą portalu Ha!art. Interesuje się wschodem Europy, historią alternatywną i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Interesuje go gonzo oraz literatura i dziennikarstwo podróżnicze.

Laureat Paszportu „Polityki” za rok 2013 w kategorii literatura. Wraz z Thymnem Chase’em w latach 2011-2012 prowadził autorski program radiowy ZaWschód, prezentując wschodnie covery zachodnich piosenek.

W 2015 roku ukazała się jego książka Siódemka nakładem wydawnictwa Korporacja Ha!art.

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Ziemowitowi Szczerkowi za zgodę na ponowną publikację.